Wpisy

  • środa, 20 marca 2013
    • co jest, a co nie jest antypsychiatrią

      Pojęcie antypsychiatria nie jest używane jednoznacznie. W różnych źródłach termin ten trochę inaczej może być używany, lecz przeważnie dotyczy ruchu z lat (50,) 60 i 70 XX wieku, związanego z kontrkulturą, obecnego w różnych krajach Zachodu.

      Mimo że od tamtego czasu upłynęło już kilka dziesięcioleci, nie można zaprzeczyć, że ruch (jako pokłosie) nadal trwa, ma bowiem kontynuatorów i zwolenników, ale wyraźnie wytracił swój impet wraz z wygaśnięciem ruchów kontrkulturowych, które były dlań politycznym oparciem i stanowiły o jego politycznej sile. Dziś jest ruchem wyraźnie ignorowanym.

      Antypsychiatria nie jest pojęciem, które da się jasno wyklarować. Nie jest to pojęcie formalne, raczej umowne, stąd jego niejednoznaczność. O jego takim czy innym użyciu decyduje raczej zwyczaj użycia tego terminu, niż definicja. Pojęcia antypsychiatria po raz pierwszy użył D. Cooper w 1967.

      To, co (zwyczajowo) zaliczane jest do antypsychiatrii nie jest monolitem. Zacznijmy od tego, że pojęcie jest dwoiste, bo z jednej strony mamy ruch społeczny, którego cele są polityczne, z drugiej strony mamy szereg publikacji naukowych przyświecających temu ruchowi, czyli antypsychiatrię w ramach dyskursu naukowego, akademickiego; nurt o charakterze krytycznym, który może być traktowany też jako element szerszej krytyki kapitalizmu (kontrkultura), czy -lepiej- społeczeństwa przemysłowego.

       

      kto jest przedstawicielem antypsychiatrii a kto nie jest?

      Thomas Szasz, który uchodzi za najważniejszą figurę antypsychiatrii, sam siebie wcale za przedstawiciela antypsychiatrii nie uważał; nie ma takiej tożsamości. To nie znaczy, że nim nie jest. Chodzi o to, że uczony ten nie uznaje pojęcia antypsychiatria za właściwe w tym miejscu. To, że Szasz jest przedstawicielem antypsychiatrii, to nie kwestia jego tożsamości, tylko tego, że został za takiego uznany przez obserwatorów. Wedle jego poglądów pojęcie antypsychiatria jest narzuconą z zewnątrz etykietką i piętnuje pewne dążenia jako awanturnictwo, a przedrostek "anty-" ma mieć takie awanturnicze konotacje. On sam uznałby się po prostu za uczonego, który sformułował pewne poglądy i tyle. W swoich pismach wskazał na pewne nie chciane, wypierane ze świadomości społecznej oczywistości.

      Inna ikona antypsychiatrii - R. Laing także nie uważał się za przedstawiciela antypsychiatrii. Za to uważał się za działacza kontrkultury. Moment, w którym Laing rozpoczął swoją batalię przeciwko psychiatrii przypadał na okres twardego samookreślenia się psychiatrii. Okres, który okazał się przejściowym. Chodzi o obowiązującą wtedy hegemonię poglądu, że choroby umysłowe są chorobami w dosłownym znaczeniu tego słowa, i że są chorobami mózgu. Publikacje i działalność Lainga oraz jego współpracowników były wymierzone przeciwko takiemu ujmowaniu rzeczy. Czyli jego celem nie było zniszczenie psychiatrii, tylko wybicie psychiatriom i szerszej publiczności powyższego  przekonania oraz zawrócenie psychitrii z takich torów rozwoju.Dopóki przekonanie o biologicznym podłożu chorób umysłowych było dominujące, dopóty Laing walczył z psychiatrią. Ale w momencie gdy psychiatria zaczęła dopuszczać alternatywne teorie, w tym fenomenologiczne spojrzenie Lainga, ten był usatysfakcjonowany. Dziś Laing nie żyje, inne głosy krytyczne wobec psychiatrii wprawdzie nie zamilkły ale przycichły (straciły na politycznym znaczeniu), a tymczasem tylnymi drzwiami paradygmat biologiczny powrócił na uprzywilejowaną pozycję.

      Z pojęciem antypsychiatrii kojarzone jest także wielkie nazwisko Michel Foucault. Publikację tego historyka, filozofa i socjologa pod tytułem "Historia szaleństwa w dobie klasycyzmu" uważa się niekiedy za punkt wyjścia do wszelkiej krytyki psychiatrii, czy do studiów w tym zakresie. Ale i Foucault sam siebie nie uważał za przedstawiciela antypsychiatrii. Wyraźnie to nawet podkreślał (choć nie wiem, czy na wszystkich etapach jego kariery). To zastanawiające, ponieważ jego "Historia szaleństwa" nie zostawia suchej nitki na psychiatrii.

      Przyjrzyjmy się. Podejście Foucault jest socjologiczne oraz historyczne. Demaskuje on psychiatrię jako urządzenie polityczne, jako technologię władzy, a dyskurs psychiatryczny, który ma dostarczać medycznego uzasadnienia (racjonalizacji) psychiatrycznym praktykom, jawi się tu jako zupełnie niewiarygodny. I nieważne przy tym, czy mówimy o dawnych praktykach czy o nowoczesnej psychiatrii (uzbrojonej w ultra naukową terminologię), bo strukturalnie rzecz biorąc mamy to samo - struktura dyskursu pozostaje ta sama, podmieniane są jedynie treści na -powiedzmy- bardziej modne (lub takie, które wydają się być lepiej zakorzenione w najnowszych odkryciach naukowych).

      Z opisów dawniejszych praktyk, z cytatów z kart pacjentów i przytoczonych tam 'z sufitu wziętych' teorii na biologiczne uwarunkowanie chorób psychiatrycznych (przykład "zmiękczenie nerwów") bije czarny humor, dlatego można pokusić się o stwierdzenie, że psychiatria została przez Foucault wyszydzona.

      Opisywane zjawiska Foucault traktuje z dystansem antropologa i stąd prawdopodobnie jego odcinanie się od zarzutów atakowania psychiatrii. Przypuszczam, że chciał w ten sposób przyjąć postawę (czy pozę) dobrego antropologa, który opisuje pewne zjawiska, tworzy na ich temat teorie, ale stara się to robić tak, by w miarę możliwości nie zmieniać przedmiotu badań, czyli nie ingerować w badaną kulturę nawet, jeśli pewne jej elementy ocenia jako naganne. 

      Foucault nie wykazuje, że psychiatria nie ma racji - tego się nie da, bo "choroba umysłowa" to dogmat, dogmaty nie poddają się naukowej weryfikacji. Foucault to doskonale rozumie i nawet nie próbuje rzeczą od tej strony się zajmować. On raczej obnaża totalną niekompetencję psychiatrii oraz graniczącą ze śmiesznością obłudę -  obłudę społeczeństwa, które opresję ubiera w medyczne fatałaszki.

      Psychiatria w spojrzeniu Foucaulta nie jest dyscypliną partnerską, z której dorobku można pobierać wartościowe naukowo informacje. Psychiatria dla Foucault jest przedmiotem badania. Jest kulturową osobliwością, jakimś eksperymentem (bio)politycznym, zjawiskiem wartym bliższego przyjrzenia się z racji jego politycznej wagi.

      We Włoszech, w Trieście w latach 60 i 70-tych działał psychiatra nazwiskiem Franco Besaglia.

      Początkowo publikował. Wykazywał między innymi, że pewne stwierdzane przez psychiatrów "objawy" są wynikiem samego (szpitalnego) "lecznia" a nie domniemanej choroby. Jego ogólne poglądy na temat społecznego konstruowania choroby umysłowej były marksistowskie, to znaczy łączył w swoich teoriach zjawisko opresji psychiatrycznej z uciskiem klasowym, zauważył bowiem, że dziwnym trafem pacjentami psychiatrycznymi stają się głównie osoby o niskim pochodzeniu, tacy też dziwnym trafem otrzymują cięższe, w sensie bardziej piętnujące  diagnozy.

      Besaglia założył organizację polityczną Psychiatria Democratica, która środkami politycznymi doprowadziła do likwidacji szpitali psychiatrycznych we Włoszech. Środowisko skupione wokół Besaglii było w stałym kontakcie z ruchem antypsychiatrycznym w innych krajach, nie ma zatem najmniejszych wątpliwości co do słuszności określania ich terminem antypsychiatria. 

      Krytycy deinstytucjonalizacji wskazują, że posunięcie likwidacji szpitali psychiatrycznych przyniosło jedynie chaos. Rzeczywiście, bo niezależnie, czy pacjenci psychiatryczni są rzeczywiście chorzy czy tylko upośledzeni społecznie (wpędzeni w grę psychiatryczną, czyli w symulację choroby), w każdym razie są to ludzie, którzy 'uwolnieni' ze szpitala zwykle nie mieli dokąd pójść i na ogół pozostawali życiowo bezradni. Zasilali więc armię bezdomnych tudzież klientów opieki społecznej. Ot - lekcja na przyszłość: nie ma mowy o efektywnym 'wyzwalaniu' bez poprawy ich społecznego funkcjonowania w roli 'normalnych'..

      Co do tego, że F. Besaglia i Psychiatria Democratica stanowią część ruchu psychiatrycznego nie ma wątpliwości, ale istnieją drobne radykalne ruchy pacjentów psychiatrycznych odrzucające psychiatrię ale jednocześnie odcinające się od antypsychiatrii jako od "rewolucji doktorów". Czy należy traktować takie ruchy jako część antypsychiatrii, skoro sami odcinają się od antypsychiatrii? Pozostawiam to pytanie bez odpowiedzi.

      Czy ruchy pacjentów skierowane przeciwko psychiatrii, których cele są polityczne a nie naukowe należy zaliczać do antypsychiatrii? Przykładowo, najbardziej widoczny w polskim Internecie ruch występujący pod szyldem antypsychiatria jest z tego, co od nich wiem, nastawiony głównie na lobbing na rzecz zmian w prawie, by wyeliminować "przymus psychiatryczny". Są to głównie pacjenci, którzy chcą być dobrze traktowani. Chcą swobody, a stosunkowo mało ich obchodzi postulat zmiany obowiązującego w dyskursie akademickim paradygmatu. Chodzi im o wymuszenie na władzach przestrzegania praw człowieka w odniesieniu do instytucji i pacjentów psychiatrycznych, co jest żądaniem słusznym, ponieważ instytucje psychiatryczne stanowią dziś enklawę, w której te prawa są de facto zawieszone.

      Co do antypsychiatrii jako dyskursu, to rozstrzygnięcie, co należy zaliczać do antypsychiatrii a czego nie, również nie jest sprawą oczywistą. Nie każde poglądy o antypsychiatrycznej treści (czyli zbieżne z poglądami ludzi uznawanych za przedstawicieli antypsychiatrii) należy uważać za antypsychiatrię. 

      Same argumenty przeciwko medykalizacji 'szaleństwa' czy 'nieporządnego życia', jak postrzegano psychiatrię, bywały stawiane przez różnych intelektualistów praktycznie od początku psychiatrii. Od początku zgłaszano wątpliwości, co do naukowej zasadności takiego rozwiązania. Od początku dopatrywano się w medykalizacji przypadków osób społecznie uciążliwych gigantycznego nadużycia. A psychiatrię tak właśnie należy prawidłowo postrzegać, czyli nie jako jedną z nauk medycznych, nie jako normalną naukę medyczną, jak się nam jest prezentowana, tylko jako instytucję + technikę społeczną, której właściwym celem i 'produktem' jest dokładnie MEDYKALIZACJA przypadków osób społecznie uciążliwych.

       

      Oprócz para-medycznych i pseudo-terapeutycznych praktyk, produktem i zarazem środkiem prowadzącym do celu (tego właściwego celu psychiatrii) celu jest pewien dyskurs. Dyskurs medykalizujący przypadki osób społecznie uciążliwych, a więc ujmujący przypadki osób społecznie uciążliwych jako osoby cierpiące na jakieś tam "choroby" bądź "zaburzenia". Dyskurs, który pozwala przeinterpretować przypadki osób niezaadaptowanych społecznie czy zaadaptowanych w taki sposób, że te osoby są dla innych niewygodne. Przeinterpretować tak, żeby odfajkować te osoby jako osoby, które mają zdrowotny problem z rzekomo źle działającym mózgiem i przykryć tym samym prawdę o obserwowanym problemie, że to problem społeczny; problem ich społecznej adaptacji.

      Zauważmy, że oficjalnym celem psychiatrii jest "leczenie". Leczenie, a więc konsekwentne zmierzanie do uzdrowienia. A więc efektywna pomoc. Pomoc niesiona konkretnie tym osobom i tylko im. A niby co ten proces medykalizacji ma mieć wspólnego z pomocą? A jeśli już, to czy rzeczywiście jest to pomoc tym osobom? Bo wszystko na to wskazuje, że bardziej jest to pomoc niesiona osobom lub instytucjom, dla których ta "leczona" osoba jest problematyczna (to zauważa Goffman w "Instytucjach totalnych").

      W pewnym sensie można mówić, że osoba leczona jest odbiorcą faktycznej, realnej "pomocy" ze strony instytucji psychiatrycznej. Na czym ta pomoc miałaby polegać? Otóż instytucja psychiatryczna i jej wynalazek "choroby umysłowej" (względnie "zaburzenia") stanowi AZYL. Azyl chroniący przed agresją związaną z niespełnianiem norm środowiska, w którym osoba diagnozowana na co dzień przebywa, w którym to środowisku jest izolowana, dla którego to środowiska jest niewygodna.

      Nie-naukowe, nie-medyczne przesłanki za tym stoją, a ekonomia władzy, ekonomia zarządzania populacją, jeśli posłużyć się terminologią w stylu Foucault'a. Oddanie ludzi 'uciążliwych' pod kuratelę lekarzy było rozwiązaniem administracyjnym, wynikało z odgórnych rozporządzeń władz, a teorię pozwalającą włączyć te praktyki do medycyny sfabrykowano na potrzeby takiego właśnie administracyjnego rozwiązania. Dlatego co do teorii psychiatrycznej, to powinno się mówić raczej o ideologii a nie o nauce.

      Antypsychiatria jako część kontrkultury.

      Antypsychiatria wpisywała się w ogólny obraz kontrkultury. W ramach kontrkultury intelektualnie starano się zrozumieć różne mechanizmy opresji społeczeństwa przeciwko jednostce. Tropiono je, demaskowano, następnie bardziej lub mniej skutecznie zwalczano je. Opresję psychiatryczną piętnowano na równi z innymi formami przemocy społeczeństwa wobec jednostki.

      Zatem definiując antypsychiatrię można spróbować przyjąć obramowanie, że antypsychiatria to krytyka psychiatrii z pozycji kontrkultury; wyłącznie ta z pozycji kontrkultury. W ten czas z definicji wypadają nam wszystkie głosy krytyczne sprzed okresu kontrkultury. Przyjęcie takiego uproszczenia pozostaje kontrowersyjne, bo istnieją źródła (zwłaszcza te amerykańskie), które początek antypsychiatrii datują na XIX wiek (II połowa). Ponadto wypadają z definicji wszystkie nurty sprzeciwu wobec psychiatrii motywowane innymi (niż kontrkultura) systemami wartości. Wtedy z pojęciem antypsychiatrii nie łączymy -przykładowo- ruchu higieny psychicznej. Nie łączymy krytyki z pozycji wartości chrześcijańskich. Wreszcie nie łączymy z antypsychiatrią scjentologii. (Scjentologia ze swej strony zdecydowanie odrzuca psychiatrię)

      XIX-wiecznych koncepcji -nazwijmy to- antypsychiatrycznych raczej nie zalicza się do antypsychiatrii, choć i takie źródła spotkałem, które zaliczają. Przede wszystkim amerykańscy uczeni/znawcy tematu mają tendencję do właśnie takiego, szerokiego definiowania pojęcia antypsychiatrii. To nie jest błąd, to kwesta tego, co dany autor uznaje za antypsychiatrię, bądź tego, jaka panuje norma w jego kręgu. Jeśli antypsychiatria zdefiniowana zostanie jako każdy sprzeciw wobec medykalizacji szaleństwa, to oczywiście XIX wiek i takie nurty ruch higieny psychicznej należy zaliczyć. Jeśli przyjmiemy wąską definicję, że to tylko ten konkretny ruch z lat 60-tych i 70-tych w obrębie kontrkultury - to nie. 

      Skoro dyskurs istniał wcześniej, to publikacje z połowy XX wieku nie są czymś totalnie odkrywczym. Oczywiście to nie umniejsza zasług autorów. Te publikacje to kawał dobrej roboty. To porządna w sensie naukowym i jasna - eksplikacja odnośnej argumentacji, wykonanie której wymagało przenikliwego, otwartego umysłu, umiejętności obserwacji, charyzmy, także odwagi i niezłomności. To nie byli jacyś tam kontrkulturowi awanturnicy, tylko uczeni i intelektualiści najwyższej próby. Ryzykowali. Jak już zadawali ciosy (argumentowali), to wiedzieli co robią i po co. Były to uderzenia precyzyjne i mocne. Były i są, bo przecież w każdej chwili można do ich publikacji powrócić, przekonać się. Jedyną przeszkodą jest słaba osiągalność tych pism, zwłaszcza, gdy jest się Polakiem i mieszka się w Polsce. Mało co jest dostępne powszechnie, mało co jest przetłumaczone. (ale jest postęp: w 2011 GWP wydało Goffmana "Instytucje totalne") 

      Tej argumentacji nigdy nie odparto. W zasadzie antypsychiatria miała i ma pełną rację. Inna sprawa, że dyskurs psychiatryczny obronił się wykorzystując przewagi innego rodzaju niż argumenty naukowe, czyli przewagi polityczne (w szerokim rozumieniu). Nie dajmy się hipnotyzować mądrze wyglądającym, odnoszącym się np do genetyki teoriom z podręczników psychiatrycznych. Zapewniam, że za tymi efektownymi dekoracjami nic merytorycznego się nie kryje.

      Gdyby to przenieść na Przewrót Kopernikański w astronomii, to Szasz byłby odpowiednikiem Galileusza. Dokonano nie tyle odkrycia, że Ziemia krąży wokół Słońca, bo to już było wiadomo, co zbuntowano się przeciwko zaprzeczającej rozumowi postawie Kościoła. Takim zapierającym się prawdy Kościołem okazuje się psychiatria. Przyczyny tego zaprzaństwa są polityczne, ideologiczne,  a przesłanki naukowe skłaniają raczej do antypsychiatrii.

       

      Antypsychiatria jako niedokończony "przewrót kopernikański" w polu psychiatrycznym.

      Antypsychiatrię należy rozpatrywać jako próbę "przewrotu kopernikańskiego" w polu psychiatrycznym. Użycie metafory przewrotu kopernikańskiego pochodzi z filozofii nauki Thomasa Kuhna. W tego typu przewrocie nie chodzi o poprawienie zastanego dyskursu ani o uzupełnienie go, chodzi o zmianę absolutnie rewolucyjną. Zmianę obowiązującego paradygmatu na lepszy, nowocześniejszy analogicznie do kopernikańskiej zmiany teorii geocentrycznej na heliocentryczną. Nie chodzi o to, by zaprzeczyć zgromadzonym obserwacjom, tylko o to, żeby przeinterpretować je w nowym paradygmacie. Chodzi o to, co dookoła czego ma krążyć. Dla astronomii lepiej jest ujmować rzecz tak, że Ziemia krąży wokół Słońca. Dla pola psychiatrycznego będzie to wyglądało mniej więcej tak:

      zjawiska będące tradycyjnie przedmiotem zainteresowania psychiatrii lepiej (tj szerzej i w sposób umożliwiający tworzenie sensownych uogólnień) można tłumaczyć/wyjaśniać odrzucając tradycyjnie stosowaną ideę "choroby umysłowej" (/"zaburzenia") i sprowadzenie rzeczy do niuansów społecznego funkcjonowania osób, które tradycyjnie wpadają do kategorii umysłowo chorych (/zaburzonych).

      Z centrum modelu wyjmujemy "pacjenta" i jego domniemaną chorobę (/zaburzenie), umieszczamy tam psychiatryczną instytucję.

      [Dygresja:] To trochę można porównać do amerykańskiej wojny z terroryzmem. Żeby papka medialna była lepiej zrozumiała, dobrze jest zdać sobie sprawę, że nie o to chodzi jakie cechy mają muzułmańscy tak zwani terroryści, ani jaki zagrożenie potencjalnie stanowią dla amerykańskich cywili, chodzi o to, jakie ma cele i jakie środki stosuje aparat trudniący się "obroną" Ameryki przed tymi ludźmi. To zupełnie nie ważne, co "terroryści" rzeczywiście planują i co robią. Terroryści w tym wszystkim wydają się być odpowiednikiem czarownic (kolejną ich inkarnacją). Nie jest ważne nawet, czy oni istnieją w rzeczywistości, to znaczy, czy istnieją tacy działacze polityczni, odwołujący się do tradycji muzułmańskiej, nastawieni na zabijanie cywili, jako obraną metodę osiągania celów politycznych. To nie ważne, bo to nie jest tak, że "terroryści" po prostu są. To amerykański aparat opresji przeciwko nim ich wyznacza. Ludzie wzięci na cel tego aparatu mogą w rzeczywistości być zupełnie normalnymi ludźmi. Mogą być nawet skłonni do brutalnych metod, które się im przypisuje, ale nie różnić się w tym od zwykłego wojska, przeciętnego kraju. Zauważmy, że AK też bywało brutalne, też uderzali czasem w cywili, np Polaków, nie poddających się narzucanej przez AK dyscyplinie.

      Nazwanie tego, czy tamtego muzułmanina terrorystą to nic innego, jak napiętnowanie kogoś. Tak napiętnowana osoba zostaje następnie przez Amerykanów eksterminowana bez konieczności podawania uzasadnienia (por. G. Agamben "Homo sacer"). Piętno terrorysty wystarczy za uzasadnienie wszelkich akcji. Można w tym momencie z tym człowiekiem zrobić wszystko bez żadnych sankcji ze strony 'suwerena' (gdziekolwiek jest ten ośrodek suwerenności, teoretycznie jest to lud). Nieważne, czy pod tym piętnem kryje się psychopatyczny morderca, obłudnie tłumaczący swoje motywy dżihadem, czy normalny bojownik, lokalny antyamerykański działacz polityczny, o tyle bezwzględny, że zdolny bez zmrużenia oka odpowiadać bezwzględnością na bezwzględność, by dorównać przeciwnikowi skutecznością.

      W Afganistanie póki co, Amerykanie z pomocą dronów w pogoni za terrorystami odstrzeliwują Pasztunom najlepszych mężów - miejscową 'starszyznę', elitę. Pewnie po to, żeby złamać ducha tego ludu, także zastraszyć wszystkich, którym przyjdzie do głowy przyłączyć się do antyamerykańskiej rebelii. Gdy chodziłem do szkoły, wtedy uczono, że Niemcy, także sowieci, w okresie II wojny dążyli do eksterminacji polskiej inteligencji, by złamać ducha Narodu. Nie wnikam teraz, czy to prawda, czy szkolne budowanie mitu narodowego i mitu szczególnej roli inteligencji (szkolna propaganda), ale jeśli tak rzeczywiście było, jeśli Niemcy i sowieci mieli taki program, to odnosząc to do Afganistanu należy zauważyć, że ludzie, których eliminują tam Amerykanie, są odpowiednikiem tej właśnie klasy społecznej w Polsce okresu wojny (pomijam Żydów, bo to trochę odrębna kwestia), której członkowie pochwyceni przez okupanta byli pierwszymi kandydatami do eksterminacji. W szkole uczono, że celem Niemców-nazistów w odniesieniu do Polaków było wyhodowanie bezwolnej siły roboczej na użytek Rzeszy i to w zestawieniu z historiozoficznym przekonaniem o szczególnej roli inteligencji w kształtowaniu spoistości i dumy narodowej stanowić by miało motyw takich działań okupantów. [Pisałem o terrorystach i Afganistanie - koniec dygresji]

      Idea "choroby" czy "zaburzenia" nie jest tu potrzebna. Odrzucamy ją jako właśnie zdemaskowany pojęciowy wytrych. To pojęcie czysto umowne, polityczne (w szerokim sensie). To słowo, które do niczego empirycznego (namacalnego) się nie odnosi. Brzytwa Ockhama zaleca wyrzucać takie pojęcia z modeli wyjaśniających jako "byt ponad potrzebę". Jedynym uzasadnieniem dla funkcjonowania tego pojęcia jest takie, że politycznie wygodne. Ale nie ma nic pod spodem - ot pojęciowy upiorek. Są siły polityczne, które chciałyby nadać mu empiryczną realność i tyle.

       

       

      W dyskursie akademickim funkcjonują koncepcje podobne do antypsychiatrycznych, które pojawiły się równolegle do antypsychiatrii, na ogół nie zaliczane do antypsychiatrii. Weźmy poglądy K. Dąbrowskiego. Tak zwane choroby czy zaburzenia psychiczne, zwłaszcza nerwice, zgodnie z tymi poglądami stanowią proces pozytywny, naturalny, rozwojowy. Jeśli proces ten przebiega prawidłowo, jeśli się mu nie przeszkadza, to prowadzi on do uwolnienia twórczych potencjałów jednostki, czyli do zdrowia rozumianego zgodnie z poglądami autora. Poglądy te korespondują z poglądami R Lainga i psychologów humanistów z USA: R. Maya, A. Maslowa, C. Rogersa. Autorzy ci publikowali mniej więcej w tym samym okresie co antypsychiatria. Tych poglądów raczej nie zaliczamy do antypsychiatrii, choć w samej ich treści nie da się wskazać istotnej przepaści dzielącej je od poglądów antypsychiatrów właściwych. Są to poglądy korespondujące z poglądami antypsychiatrów, jest między tymi poglądami pewna ciągłość. O nie-przypisywaniu ich do antypsychiatrii decyduje więc przypuszczalnie to, że stanowią oni odrębne od antypsychiatrów środowisko. Antypsychiatrzy nie tylko głosili swoje poglądy, ale działali na rzecz ograniczenia lub zniesienia instytucji psychiatrycznych, zwłaszcza szpitali. Psycholodzy-humaniści byli pochłonięci dyskursem psychologicznym i terapeutycznym. Poza publikacjami zajmowali się zawodowo prowadzeniem indywidualnych terapii. Tendencją antypsychiatrów natomiast było inicjowanie komun terapeutycznych, a indywidualne terapie dla antypsychiatrii były również na cenzurowanym. Psychologiczne koncepcje i praktyki terapeutyczne również stanowią rodzaj ukrytej (miękkiej) przemocy, ponadto trącą szarlatanerią.

      J. Masson napisał w 1988 roku książkę "Against Therapy" ("Przeciw terapii"). Krytykuje w niej terapię, tę oferowaną przez psychologów. Po kolei krytykuje różne szkoły terapii. Także psychologom - humanistom w tej książce się dostało. Książka w swoim duchu stanowi jakby rozszerzenie antypsychiatrii na praktyki terapeutyczne oferowane przez psychologów. 

      Mamy też problem, czy zaliczać do antypsychiatrii publikacje późniejsze, jeśli tak, to które. Thomas Szasz -przykładowo- publikował także w latach 80-tych i później a więc już po okresie kontrkultury i trudno by było wykazać bezpośredni związek tych publikacji z kontrkulturą. Dodatkowo niewykluczone, że nowe publikacje tego autora będą się jeszcze pojawiać, bo Szasz żyje i cieszy się znakomitą kondycją intelektualną. Każda kolejna jego publikacja czy oświadczenie podtrzymuje dawne poglądy. Nie miało nigdy miajsca żadne odwołanie tych poglądów, ani żadne częściowe odwołanie tych poglądów. Dotyczy to także pozostałych antypsychiatrów. Nie miało miejsca żadne naukowe obalenie tych poglądów.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      komediantpolicji
      Czas publikacji:
      środa, 20 marca 2013 17:06
    • Kwestia rzekomego obalenia antypsychiatrii

      Zwolennicy psychiatrycznego status quo zwoływali czasami konferencje, koniecznie z udziałem "wielkich" nazwisk, na których odsądzano antypsychiatrię od czci i wiary, ale niewiele miało to wspólnego z naukowym obalaniem antypsychiatrii. Były to raczej zabiegi mające na celu wyegzorcyzmowanie antypsychiatrii. Nie o to chodziło, że antypsychiatria nie ma racji, co o to, że nie życzono sobie, żeby antypsychiatria miała rację.

      Same argumenty antypsychiatrii są także na dzień dzisiejszy całkowicie aktualne i nie ubyło im ani trochę racji. Zapewnienia ze strony zwolenników psychiatrycznego status quo, że domniemany postęp naukowy dostarcza podstaw paradygmatowi biologicznemu to bzdury. Antypsychiatrię należy uznać za zasób wiedzy prawomocnej w sensie naukowym, wiedzy, która powinna być honorowana, a tymczasem nie jest, co z kolei jest nadużyciem i urąga naukowej metodzie.

      Na podstawie treści większość publikacji antypsychiatrów należy zaklasyfikować jako socjologiczne, choć autor nie musi być socjologiem. Może być z wykształcenia np lekarzem. Publikacje antypsychiatryczne analizują instytucję, także dyskurs. Jeśli pojawia się medyczna argumentacja, to taka, że nie ma naukowych podstaw sądzić o chorobie w rozumieniu medycznym. Wprawdzie mamy jakieś zaburzenie ale jest to zaburzenie funkcjonowania społecznego a nie obiektywne zaburzenie w organiźmie. A jeśli u części diagnozowanych przypadków mamy do czynienia z równolegle występującą dolegliwością natury somatycznej, to nie należy uważać tej dolegliwości za istotę diagnozowanego zaburzenia, jak zwykła to rozumieć psychiatria.

      W socjologii cały czas mogą zdarzać się i zdarzają publikacje, będące faktycznie kontynuacją dyskursu antypsychiatrycznego. Z tym, że choć są to prace krytyczne, to jednak stricte naukowe i nie stanowią formalnie rzecz biorąc jakiegoś bezpośredniego ataku na psychiatrię, no i nie są elementem kontrkultury. Takie publikacje gdy się pojawiają, są klasyfikowane np jako "socjologia chorób psychicznych". Stanowią raczej niszową dziedzinę, ale charakterystyczne, i dlatego trzeba o nich napisać, że posługują się paradygmatem wypracowanym wtedy w ramach antypsychiatrii z czasów kontrkultury. Odwołują się do Szasza, Goffmana, Scheffa i innych jako do naukowych autorytetów.

      Skoro antypsychiatryczna argumentacja jest głównie socjologiczna, to nie podlega uprawomocnieniu na gruncie psychiatrii ani nauk medycznych. Niezrozumiałe jest więc obserwowane roszczenie psychiatrii prawa do odwoływania antypsychiatrii. Także ci "eksperci", którzy obwieścili nam upadek antypsychiatrii (jej teoretycznej części) mogą się wypchać. Wprawdzie można sobie wyobrazić sytuację, że nauki medyczne dostarczają argumentu obalającego antypsychiatrię, np podając marker poszczególnych jednostek chorobowych dla chorób psychiatrycznych, ale taka sytuacja nie miała jeszcze miejsca, i co do tego zapewniam czytelnika. Usilne prace badawcze mające dostarczać takiego markera spełzły na niczym.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      komediantpolicji
      Czas publikacji:
      środa, 20 marca 2013 17:03
    • Mit choroby psychicznej

      Jeśli pochylić się nad psychiatryczną teorią i wnikliwie ją przeanalizować, to jasne okazuje się, że cała ta dyscyplina stoi na micie choroby psychicznej. Choroba psychiczna jest mitem, tj konstruktem kulturowym, i nie ma naukowych przesłanek pozwalających traktować tego, co kryje się za diagnozą jako fakt medyczny. O dziwo, to nie przeszkadza podręcznikom psychiatrii i większej części psychiatrów przedstawiać te "choroby" jako fakt medyczny. Quasi-medyczny sposób mówienia o przypadkach (etiologia, objawy itd) uwiarygadnia mit. Badania pozornie naukowe, które mają odkryć przyczynę "chorób" lub "zaburzeń" umysłowych są produkcją prawdy, a nie jej odkrywaniem. Próbom dowodzenia, że domniemane "choroby umysłowe" i "zaburzenia" są problemami natury zdrowotnej od strony logicznej należy zarzucić błąd, polegający na używaniu tezy dowodzonej jako przesłanki w tym samym dowodzeniu.

      "Mit choroby psychicznej" - taki tytuł ma książka Szasza. Nie ma czegoś takiego jak "choroba psychiczna". Diagnozowany człowiek albo ma chorobę neurologiczną, albo po prostu ma problem natury życiowej. I ta sprawa w mojej ocenie nie wymaga już dalszej dyskusji. I jeśli medycyna w danym przypadku nie stwierdza choroby somatycznej, to nie może zakładać, że choroba jest, tylko że jej natura nie jest znana w sytuacji, gdy obserwowanym zaburzeniem jest relacja człowieka z otoczeniem. Nie można nawet naukowo stwierdzić, że mamy do czynienia z zaburzeniem, bo może to porządek, wypracowany przez daną grupę. Nie można zakładać, że społeczeństwo jest idealnie harmonijne, moralnie czyste, a jeśli ktoś się nie adaptuje, to na pewno ma coś nie tak z głową. Na dokładkę nie wiadomo co, ale i tak przyjęte jest z góry założenie, że na pewno coś.

      W całym psychiatrycznym procederze nie chodzi o to, jaki jest pacjent - jakie są jego cechy. Chodzi tu o to, co się z nim robi - jakie są psychiatryczne praktyki. Mimo to diagnoza jest przesączona opisami tego, jaki rzekomo jest pacjent - rzekomo jakie stałe patologiczne cechy wykazuje.

      I taka byłaby socjologiczna konkluzja ogólnych badań nad psychiatrią. Nie wiemy, czy istnieje choroba psychiczna, za to faktem empirycznym jest, że istnieje jakiś aparat instytucjonalny psychiatrii. Dysponuje on pewną władzą. Ma on pewne zadania w odniesieniu do ludności. Aparat ten opiera się oczywiście o jakieś teoretyczne założenia. Lecz dopiero poprzez włąsną praktykę niejako produkuje prawdę o domniemanych cechach pacjenta.

      Dla zobrazowania posłużę się analogią z przeszłości: inkwizycja a czarostwo. Poprzez pewne praktyki inkwizycja produkowała pewną prawdę o czarach i o czarownicach. W praktyce dążono do uwiarygodnienia pewnych mitów. Ponieważ dowodów naukowych nie było, uwiarygodnienie następowało poprzez intensywne praktyki. Nie chodziło w tych procesach o to, jakie były obiektywne cechy czy zachowania prześladowanych osób, chodziło o to, jakie miał cele i jakie środki stosował aparat inkwizycji. Ten aparat powstał po to, żeby tropić i zwalczać aktywności Szatana na Ziemi, więc to robił. W praktyce tej pogoni produkowano prawdę o domniemanej działalności 'Złego'. Udany rezultat pewnych praktyk (czyli złamanie podsądnej osoby), brano za kolejny dowód na potwierdzenie ogólnego obrazu świata, którego wtedy integralną częścią były czary i bezpośrednia ingerencja Szatana w sprawy ludzkie.

      Kluczowe jest tu społeczne zapotrzebowanie na taką działalność. Takie praktyki nie utrzymałyby się przez wieki gdyby nie strukturalny popyt. Dziś za głowę się łapiemy, gdy dochodzą do nas informacje o dawnych praktykach w procesach o czary. Niedorzecznym nam się wydaje dziś dawna praktyka sądowa, że jako najważniejszy dowód w sprawie traktowano zeznanie torturowanej osoby, o z góry założonej treści. Albo to, że osoba przesłuchiwana odmawiając zeznania o z góry przewidzianej przez przesłuchujących treści mogła w ten sposób tylko pogorszyć swoje położenie.

      Dziś nie potrafilibyśmy na te praktyki tamtych ludzi spojrzeć jako na działania racjonalne. A powinniśmy, bo czary były elementem rzeczywistości ówczesnych ludzi. Oczywiście nie chodzi o rzeczywistość obiektywną, tylko o ówczesny "matrix". Za to współczesnemu człowiekowi trudno rozpoznać bliźniaczy schemat w praktykach psychiatrycznych, a on tam jest. 

      Współczesnemu człowiekowi łatwo spojrzeć krytycznie na dawną inkwizycję, bo wiara w czary z grubsza rzecz biorąc nie jest elementem jego wyobrażenia o świecie. Łatwo mu przychodzi wyśmianie dawnych wyobrażeń o świecie bo ma 'grunt pod nogami', czyli światopogląd współczesny, uznawany względem tamtego za postępowy i diametralnie różny, za jedyny racjonalny, za umocowany naukowo. 

      Mit "choroby psychicznej" okzazuje się bardzo istotnym elementem "matrixu" współczesnego człwowieka. Gdyby współczesny człowiek miał wyrzucić ten element ze struktury swoich wyobrażeń o świecie, przysłowiowo straciłby grunt pod nogami. To stan trudny do ogarnięcia, a z punktu widzenia kogoś, kto nie nawykł do tego typu poszukiwań - napawa wielkim lękiem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      komediantpolicji
      Czas publikacji:
      środa, 20 marca 2013 17:01
    • Społeczne funkcjonowanie psychiatrii

      Psychiatria i mit choroby psychicznej okazują się bardzo ważnymi filarami status quo naszego społeczeństwa bez względu na to, że dla większości ludzi nie stanowią na co dzień przedmiotu większej uwagi. Są ważne w sensie strukturalnym - określają obszar tabu w naszym społeczeństwie. Są w sensie strukturalnym bezpośrednim odpowiednikiem aparatu inkwizycji i zjawiska czarostwa z dawnych epok.

      Psychiatria miała i ma silnych sprzymierzeńców. Trwa jakby w symbiozie z innymi instytucjami. Jedną z nich jest sąd. Wyroki sądów wzmacniają politycznie psychiatrię. Dla sądów możliwość podparcia się ekspertyzą psychiatryczną jest wygodna, zmniejsza koszty, otwiera możliwości. Otóż sądy czasami mają do czynienia z przypadkami nie mieszczącymi się w logice prawa karnego. Może się zdarzyć podstądny, którego nie można ukarać jako przestępcę, lecz w danym przypadku ma miejsce społeczne oczekiwanie, albo oczekiwanie ze strony władzy, że sąd nie zostawi tego przypadku bez ingerencji; że zaingeruje. Ukrytą rolą i powinnością sądu okazuje się zaingerowanie, mimo że nie da się danego przypadku podpiąć pod paragrafy kodeksu karnego. Użyteczne jest z punktu widzenia sądu zaklasyfikować taką jednostkę jako chorą i na podstawie 'faktu' choroby oddać delikwenta pod kuratelę lekarzy. Sąd swoje wyroki musi opierać na dokumentach, na 'twardych' przesłankach, na "faktach", stąd prowadzona przez lekarza "karta choroby" i lekarskie zaświadczenia i ekspertyzy - te dokumenty służą za formalne podstawy pod decyzje sądowe. Nie tyko sądowe bo i administracyjne decyzje muszą być oparte o dokumenty. Taka jest biurokracja. A zatem psychiatria okazuje się dzieckiem państwowej biurokracji? W każdym razie początek psychiatrii pokrywa się w czasie z upowszechnianiem się biurokratycznych metod zarządu. 

      To, że sąd postanawia traktować dany przypadek jako chory przy zachowaniu świadomości, że to tylko umowne postawienie sprawy da się zrozumieć. Taka racjonalność sądu. Można to nawet uszanować. Ponura komedia zaczyna się, gdy system przechodzi do "diagnozowania" "leczenia" chorego. Pacjenta "leczy" się i diagnozuje zupełnie na serio, w czym należy widzieć ową produkcję prawdy - uwiarygodnienie mitu "choroby" jako bytu obiektywnego. 

      Na podstawie sfingowanych dokumentów takiemu quasi-skazanemu administracja może przyznać nawet państwową rentę chorobową. Taka renta jest zwykle skromna, ale oznacza jako-takie bezpieczeństwo socjalne. A z punktu widzenia trwale bezrobotnego, społecznie wykluczonego perspektywa na bezpieczeństwo socjalne stanowi potężną zachętę do wejścia w rolę umysłowo chorego. To oczywiście nie jedyna zachęta - to marchewka i nie na każdego zadziała, natomiast ciemniejszą stroną machiny produkowania "wariatów" są kary, które lekarz może (bo ma taką władzę) wymierzać. Mamy więc i kij. Kary kryją się w takich sytuacjach pod eufemizmami "terapia" i "leczenie". A wszystko to oczywiście "dla dobra pacjenta".

      Być może w zjawiskach, kryjących się za psychiatrycznymi diagnozami w ogóle nie mamy do czynienia z zaburzeniem. Nie można wykluczyć, że obserwowane u diagnozowanych jednostek nienormalne dla obserwatora wypowiedzi i zachowania są ze strony jednostki przejawem zdrowia. Prawdopodobnie jest tak, że to społeczeństwo stwarza sytuacje, że ta osoba nie może zostać konformistą lub istnieją w danym przypadku do tego poważne przeciwwskazania. Być może z punktu widzenia diagnozowanej osoby zachowania, które przejawia to optymalna strategia odnajdywania się w świecie w kontekście zewnętrznego uwarunkowania, w kontekście szans i możliwości jakie społeczeństwo wobec tej konkretnej jednostki roztacza. Nie można odrzucić poglądu, że to społeczeństwo jest chore, a jednostki niedopasowane są okazami zdrowia, czego symptomem jest, że nie przejawiają dostosowania do chorego społeczeństwa.

      Wegle poglądów G. Beatesona (Lainga, Coopera też) schizofrenik jest produktem rodziny. W okresie dorastania osoba u której rozpoznawane są potem "objawy" bywała według Batesona często stawiana przez bliskich w sytuacji sprzecznych oczekiwań, w sytuacjach w których nie można wygrać. Myślę, że każdy z nas zna z autopsji takie sytuacje, bo podwójny zestaw reguł dla różnych instytucji naszego społeczeństwa jest normą nie wyjątkiem. Jak w takich sytuacjach zachowuje się normalany człowiek? Otóż "głosuje nogami". Czyli że oprotestowuje grę, ale chcąc postępować wedle reguł nie ma jak. Może protestować tylko wykraczając poza reguły. Dyskurs nie przewiduje adekwatnych środków wypowiedzi i na tym polega cała perfidia tej gry. Pokrzywdzony przybiera postać błazna. Schizofrenik może być rozpatrywany właśnie jako ktoś, u kogo uniwersalną receptą na wszystko stało się takie "głosowanie nogami". Tym doprowadza do szału funkcjonariuszy szeroko pojętej władzy tak, że ci wykazują dążenie, by go jakoś złamać, a jeśli nie potrafią, to przynajmniej schować.

      Być może diagnoza psychiatryczna ma zadanie odwrócić uwagę od podwójnych reguł. Diagnoza psychiatryczna chroni system.

       

      Amerykańska masakra pistoletem automatycznym

      Od czasu do czasu w mediach pojawiają się informacje o niezrozumiałych zbrodniach, np matka zabija swoje dzieci, ojciec - rodzinę, James Holms urządza masakrę w kinie. Przekazowi medialnemu często towarzyszy pytanie o "zdrowie psychiczne" sprawcy. Jeśli wychodzi na to, że sprawca kiedyś się leczył psychiatrycznie, społeczeństwo oddycha z ulgą: mamy winowajcę, jest nią choroba psychiczna.

      A czemu nie postawić hipotezy, że to leczenie psychiatryczne spowodowało, że ktoś nie umiał sobie poradzić z emocjami?

      Spotkałem się w internecie z niszową hipotezą, że skoro często okazuje się, że sprawcy amerykańskich masakr w szkołach brali w swojej karierze antydepresanty, to może te antydepresanty powodują te masakry. 

      Można założyć (jest to całkiem uprawnione naukowo), że "choroba psychiczna" nie jest patologią, tylko optymalnym dostosowaniem do szczególnych (szczególnie toksycznych) warunków rozwojowych.

      Mówi się, że mózg ludzki jest skomplikowany, niepoznany w swoim funkcjonowaniu. Zatem działanie leków psychotropowych (oddziaływujących bezpośrednio na mózg) jest także nierozpoznane. Działanie leków psychotropowych jest niewątpliwie wywołaniem zmiany w działaniu mózgu. Jeśli wcześniejsze działanie mózgu nie było patologią, to zmieniając to działanie środkiem psychotropowym patologię (nieoptymalne funkcjonowanie) właśnie wywołaliśmy. Być może trwale (inwalidztwo).

      Czemu, gdy mamy jakieś nieszczęście, typu amerykańska masakra w szkole i odkrywamy, że sprawca kiedyś leczył się psychiatrycznie, to zupełnie na serio bierze się hipotezę o rzekomej chorobie, która wywołała jakiś nieznośny stan napięcia u sprawcy, a nigdy nie bierze się na poważnie hipotezy, ze mózg jest zaburzony samym leczeniem? Skoro mamy kozła ofiarnego w postaci domniemanej choroby psychicznej, to leczenie psychiatryczne (konkretna ingerencja w działanie mózgu) ma w całej sprawie status świętej krowy. Czyżby uważano, że takim "leczeniem" można jedynie pomóc, że takie leczenie nie może zaszkodzić? Psychiatria po prostu zakłada (implicite), że leczenie jakie oferuje jest pozytywne, a jeśli w danym przypadku nie jest, mamy do czynienia np z błędem. Mamy z drugiej strony funkcjonujące społecznie jako truizm założenie, że mózg jest tajemnicą. Z tego to założenia wynika w sposób oczywisty, że nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy dane jego działanie jest patologią, czy nie jest. To samo z ingerencją w mózg: nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy ingerencja wpłynęła pozytywnie czy negatywnie. Skąd przekonanie, że leczenie psychiatryczne jest na plus? Na podstawie "objawów"? Leczony psychiatrycznie nie będzie zdradzał "objawów" np nadpobudliwości. Trup też nie.

      Inny aspekt komunikatów medialnych dot masakr: gdy pojawiają się komunikaty o szalonych zbrodniarzach, dziennikarze zaraz dochodzą, czy sprawca leczył się psychiatrycznie. Jeśli nie leczył się, oczywistym wnioskiem (dla dziennikarza) jest, że nie leczył się, a był powinien. Na tę okoliczność powołuje się do życia termin "ukryta choroba". Gdy delikwent leczył się, to oprócz tego, że mamy winowajcę ("choroba"/"zaburzenie" spowodowała niezrozumiałą zbrodnię), oczywistym (dla dziennikarza) pytaniem jest, czemu ten ktoś, mimo że wiadmo było, że chory psychicznie (o fakcie choroby ma zaświadczać fakt, że się leczył), to czemu nie był trzymany w kagańcu i kto za ten stan rzeczy odpowiada.

      To cudowny schemat myślenia - wszystko się weń wpasuje.

      Przecież nie można podtrzymywać sopłecznej żywotniści takiej bzdury!

      Świadomość musi się zmienić. Społeczeństwo musi się zmienić. Z korzyścią dla siebie - to nie żadne wyżeczenie. Musi dojrzeć.

      Nie chodzi tu o żadne o pochylanie się nad losem biednych "chorych" (czytaj wariatów  odmieńców). To chodzi o pochylenie się nad własną niedolą. Niedolą wynikającą z niedojrzałości i głupoty. Poprawa położenia dzisiejszych wykluczonych to tylko jedna z korzyści, jakie mogą wyniknąć dla ludzkości z antypsychiatrii.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      komediantpolicji
      Czas publikacji:
      środa, 20 marca 2013 17:00
    • antypsychiatria a zarzut utopizmu

      Ponieważ antypsychiatria jest de facto postulatem przebudowy całego społeczeństwa, jednym z zarzutów przedstawianych antypsychiatrii przez krytyków jest utopizm. Ten zarzut nie jest zupełnie z sufitu wzięty, ktoś tam ma prawo tak uważać, ale ja się z tym zarzutem nie  zgodzę, bo dla mnie typowo utopistycznym projektem socjotechnicznym jest obecny trend rozwojowy społeczeństwa polegający na standaryzacji postaw i stosowaniu w tym celu technik regulowania nastrojów, w tym farmakologicznych. To przecież "Nowy Wspaniały Świat" A. Huxleya, widmo którego nas zwykle przeraża, a nie widzimy, że taki "Nowy Wspaniały Świat" już jest dookoła nas, a psychiatria stanowi jeden z jego kluczowych filarów. To medykalna utopia jest dziś naszym problemem, którego nie jesteśmy nawet świadomi. Antypsychiatria rozpatrywana jako projekt utopistyczny przy obecnej utiopii medykalnej jest koncepcją ultra-liberalną, leseferystyczną.

      Co do antypsychiatrii jako projektu na lepszy świat, to ja wcale nie głoszę tezy, że istnieje w postaci antypsychiatrii uniwersalna recepta, która nas wyzwoli definitywnie od cierpienia.  Jednak uważam, że świat może być nieco lepszy, w sensie że znośniejszy dla wszystkich - to ważne: dla wszystkich, nie chodzi tylko "wariatów". Dla normalsów to wcale nie jest żadne wyrzeczenie na rzecz "wariatów", bo też skorzystają.

      Jeśli w ogóle mówimy o zaburzeniu przypisanym do jednostki, to jest to szeroko pojęte zaburzenie społecznego funkcjonowania; zaburzenie w relacjach z innymi; zaburzenie komunikacyjne itd. W niektórych przypadkach przyczyną rzeczywiście mogą być jakieś anomalie natury np genetycznej, ale nie są one istotą psychiatrycznej diagnozy. Dana ułomność stanowić może piętno, które sprzyja wykluczeniu. Diagnozy psychiatryczne to nic innego, jak medykalizacja tegoż wykluczenia. A samo wykluczenie może mieć zupełnie inne podłoże, np w okresach recesji gospodarczej wiele firm plajtuje, ubywa miejsc pracy.

      A skoro takie zjawiska mają miejsce, to być może społeczeństwo jest chore i wymaga przeobrażeń, a nie diagnozowana osoba. Prawdopodobnie możliwe jest lepsze społeczeństwo. Lepsze -mam tu na myśli- w następujących aspektach: 

      * mniejszy niż obecnie margines wykluczenia 

      * przejrzystość reguł gier społecznych, co ma sprzyjać uczciwości; jeśli społeczeństwo będzie mniej obłudne, reguły będą jawne to i mniej będzie ludzi, którzy "postradali zmysły".

      * od strony obyczajowej: większa otwartość, sprzyjająca adekwatnemu do przeżyć wyrażaniu się, czyli większej tolerancji dla nonkonformizmu

      Świat może być bardziej 'na luizie'. Dzisiejszy świat wbrew pozorom nie jest wcale 'na luzie', choć taki udaje. Mimo że mamy dziś 'kolorki', piękne reklamy (w kontraście do "szarzyzny" PRL'u) i możemy konsumować dowolne narkotyki, w tym wyłuzdany seks. Mimo że młodzi ludzie się uśmiechają. W sytuacji, gdy ktoś uśmiecha się bo musi, musi żeby nie wylecieć poza ramy społeczne, to trudno na tej podstawie wnioskować, czy jest rzeczywiście szczęśliwy, czy jest rzeczywiście wyluzowany. Za tym kryją się postawy dość wystandaryzowane. Dzisiejszy 'luzak' jest produktem morderczej samodyscypliny, którą sobie narzuca, żeby zmieścić się w wyśrubowanym standardzie bycia luzakiem. Trzeba wiele samodyscypliny i poświęcenia, żeby przy obecnych standardach wypaść przed innymi jako 'luzak' przekonująco. Dymsza dziś by pewnie nie dał rady i nie dlatego, że zabrakłoby mu luzu ale dlatego, że zabrakłoby mu samodyscypliny, żeby przekonująco sprostać trudnej do odegrania roli 'luzaka'.

      Antypsychiatria nie obiecuje uwolnienia nas od wielkich społecznych problemów, ale może nas wyzwolić od tyranii nas samych i to wcale nie jest utopią. Wyzwólmy się. Wyzwólmy się w ten sposób, że wyzwólmy nasze myślenie. Bedziemy dzicy, ale to wcale nie oznacza, że mamy 'wracać na drzewa', by żyć jak inne zwierzęta. Po prostu będziemy robić swoje. Będą zmianym, ale takie, że ograniczymy konsumpcję samochodów, bo samochód kupować będziemy tylko, gdy go potrzebujemy, a nie w celu sprostania standardom.

      Zmieńmy się! To dla nas ewidentna korzyść, a tylko przy okazji przestaniemy "dla ich dobra" krzywdzić jednostki nonkonformistyczne.

      Zwierzęta zwylke nie krzywdzą bez powodu. Krzywdzą, i to bez wyrzutów sumienia, gdy np potrzebują pożywienia, ale nie ma między nimi gierek ambicjonalnych, obłudy ani sadyzmu/masochizmu, nie ma zboczenia, etc. Ich społeczności nie produkują jednostek "chorych psychicznie". Dziś tyrania przedstawia się nam jako siła wyzwolicielska, jako lekarstwo na bolączki (częścią tej oferty są antydepresanty), jako czynnik prowadzący nas do zbawienia. A tymczasem to ona sama jest naszym problemem. To ważne odkrycie, warto sobie je uświadomić, bo zwykle przekonani jesteśmy, że to jej niedobór (obecności władzy i jej technik w naszym życiu) jest źródłem problemów. Bzdura, to władza i nadmiar jej technik jest praprzyczyną zła. Zła w rodzaju pedofilia i Holmes. Nie natura ludzka, a jej ucisk. To, z czym walczy władza, jest najbardziej ludzką, za razem zwierzącą, cześcią człowieka. To nasza natura. Można kogoś zrepresjonować, sprawić, przykładowo, żeby ktoś się tego czegoś wstydził. Ale tego czegoś nie można wyeliminować, to coś, to nasza natura. Jednak w dążeniu do eliminacji tego czegoś (rzekoma potrzeba ochrony społeczeństwa przed tym czymś) władza doprowadza do zrepresjonowania tego czegoś. Ponieważ nie można tego czegoś zabić (nie zabijając organizmu) to coś w warunkach zrepresjonowania czasem doprowadza do wybuchu. Lecz wtedy nie można obwiniać o konsekwencje tego czegoś, ponieważ właściwym winowajcą jest władza, system opresji. Koniec końców - system społeczny nie respektujący naszej natury.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      komediantpolicji
      Czas publikacji:
      środa, 20 marca 2013 16:58
    • antypsychiatria - uwagi podsumowujące

      Nie widzę podstaw, żeby uznawać tezy antypsychiatrii za coś mylnego czy nieaktualnego. Nie miało miejsce żadne obalenie argumentów antypsychiatrii. Zacznijmy od tego, że są socjologiczne, dlatego psychiatria nie może sobie rościć prawa do ich przyjmowania lub nie, do ich uprawomocniania bądź nie. Lecz nawet w aspektach medycznych antypsychiatria pozostaje aktualna, tzn nie odkryto w organiźmie patologii stojącej za domniemaną "chorobą psychiczną". Ale to najwyraźniej nie ma znaczenia, bo ten dyskurs to polityka a nie nauka. Tu  nie argument rządzi. W psychiatrii hipotezy funkcjonują za dowody. Taki stan rzeczy może świadczyć tylko o tym, że istnieje potężny lobbig natury politycznej na rzecz poglądu, że choroby umysłowe są chorobami w sensie dosłownym i że są problemem medycznym. Nie bez znaczenia jest też społeczna inercja. (Zaznaczam, że określenia polityka i polityczny używam w szerokim znaczeniu tego słowa. Chodzi mi o grę interesów w społeczeństwie, o szeroko pojęte sprawy publiczne, o dyskurs, nie chodzi mi o rząd ani Sejm)

      Argumenty antypschiatrii są zupełnie przekonujące i aktualne. Rzekome "dowody" na medyczne podstawy diagnoz psychiatrycznych po ich przeanalizowaniu okazują się wiecznymi hipotezami, podpartymi wyłącznie dziwnymi zaleznościami statystycznymi. Dziwnymi, bo fabrykowanymi zależnie od tego, co dany badacz zamierza osiągnąć. Efekt psychologiczny w ten sposób można osiągnąć, a czy naukowy dowód? Nie ma mowy! Nie mam wystarczających informacji by oskarżać tych badaczy o fałszowanie danych, ale o statystyczne naciągactwo i nadużycie autorytetu nauki można oskarżać śmiało. Statystyka nie jest dyscypliną dostarczającą naukowej wiedzy. W statystyce i bez fałszerstw można udowodnić niemal wszystko, jeśli tylko ma się taką motywację i odpowiednio dużą bazę danych. A hipotezy psychiatryczne są oparte wyłącznie o statystyki. Wykazanie dowolnej zależności statystycznej (korelacja drobnego odstępstwa od statystycznej normy w organiźmie z diagnozą) we współczesntych podręcznikach psychiatrycznych traktowane są praktycznie na równi z dowodem na biologiczne uwarunkowanie biologiczne diagnozy psychiatrycznej. Jeśli tak używać statystyki, to można 'udowodnić' i astrologię. Gwiazd na niebie jest wiele, można wyznaczać różne między nimi konstelacje i genów jest bardzo wiele, można wyznaczać różne konstelacje. Jeśli zadowolimy się statystykami jako metodą i jeśli będziemy w poszukiewaniu związku gwaizd i losów ludzkich odpowiednio zacięci, to i w astrologii poważne zależności statystyczne uzyskamy. Tak pewnie by było, gdyby lobby astrologów i ich zwolenników było dostatecznie silne, choć starczy, że po prostu wygodne dla władzy, tak że władze administracyjne zaczną uznawać astrologiczne ekspertyzy i certyfikaty.

      Poprzez pewne praktyki pozoruje się naukową prawomocność teoretycznych podstaw psychiatrii. Nawał rozmaitych informacji typu jak to schizorenia w 50% jest uwarunkowana genetycznie, jak to geny takie a taki ze schizofrenią są związane, jakie to zmiany morfologiczne wykryto, jakie to wady rozwojowe - wszystko to jest gruby puder na to, że nie ma podstaw do założenia, że choroby umysłowe są chorobami w sensie medycznym. Za nawałem tych bardzo mądrych słów, niekiedy nawet rycin, schematów i tabel, nawału teorii szczegółowych kryje się niezbyt silna zależność statystyczna faktu diagnozy i czegoś tam i nic więcej. Ponieważ zależność ta nie jest nigdy zbyt powalająca, zawsze zostaje margines na pół strony, "naukowcy" tłumaczą to, że przyczyny chorób psychicznych są po prostu bardzo złożone, a w ogóle to kwesta dalszych badań, a w ogóle to żebym ja się zamknął, bo nie znam się na naukach medycznych i nie mam prawa zajmować się problemami, które są przecież problemami medycznymi.

      Chcąc antypsychiatryczny dyskurs na nowo podnieść, należałoby go nieco uwspólcześnić, zaktualizować. Należałoby go uzupełnić, tj dostosować do zmian w dyskursie psychiatrycznym, w instytucjach i ogólnie w społeczeństwie, ale postać antypsychiatrii i to, ile racji ma antypsychiatria, od tego zabiegu się w ogólnej postaci nie zmieni. Antypsychiatrii nie ubywa racji tylko dlatego, że dyskurs psychiatryczny się nam tak namnożył, jak się namnożył, ani od tego, że układ społeczno-polityczny się cały czas zmienia. Antypsychiatrii racji nie ubyło, ale problem jest konkretny, bo im bardziej rozbudowany i rozdrobniony jest dyskurs psychiatryczny, to tym więcej czasu i energii wymaga jego dekonstruowanie. Dochodzą też nowe realia społeczne. Przykładowo nowym zjawiskiem, którego prawie nie było w latqach 60-tych jest popyt na diagnozy psychiatryczne ze strony klasy średniej, a więc popyt oddolny, konsumencki. Bo czy można odmówić wolnym obywatelom konsumowania tego, co im się podoba? Skoro oni chcą mieć depresję-diagnozę (albo borderline) i ją/je leczyć, to czy nie jest to ich suwerenna konsumencka i osobista decyzja? Odpowiedzmy w duchu Szasza: nie można im zabraniać, podobnie jak korzystania z usług wróżek. Problemem, z którym walczy Szasz, nie jest psychiatria, tylko psychiatryczny monopol i związana z nim wszechobecna dezinformacja.

      W Polsce w swojej argumentacji wrogowie antypsychiatrii wykorzystują słabą znajomość piśmiennictwa antypsychiatrycznego. Jedną z używanych technik zafałszowania informacji jest sugestia (nie wprost), że antypsychiatria to wewnętrzna sprawa samej psychiatrii. To nie prawda. Istotą antypsychiatrii jest obalenie monopolu medycznego spojrzenia na obserwowane zaburzenia, które de facto są zaburzeniami społecznego funkcjonowania niektórych jednostek. To oznacza, że należy dopuścić inne spojrzenia, np socjologiczne. Antypsychiatria nie mówi, żeby zakazać praktyk i teorii psychiatrycznych, chodzi o sprzeciwienie się monopolowi.

      link do dobrego artykułu (jedna z niewielu polskich publikacji antypsychiatrycznych):

      http://www.eioba.pl/a/2p15/racjonalnie-o-psychiatrii

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      komediantpolicji
      Czas publikacji:
      środa, 20 marca 2013 16:50